FORUM WOLNE PSZCZOŁY

Pełna wersja: Naturalne rozmnażanie rodzin pszczelich,
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2 3 4
Naturalne rozmnażanie rodzin pszczelich, nie manipulowanie czerwiem pomiędzy obcymi rodzinami, nie robienie sztucznych rojów z pszczołami i matką z obcych rodzin, nie wymienianie matek, nie dzielenie pszczół z obcymi matkami i robotnicami z różnych pszczelich rodzin, nie robienie nalotów itd jedną z podstaw zdrowej pszczoły bez leczenia.

Zapraszam do dyskusji. Zdania mam troszkę inne od początku naszej znajomości i nie zmieniłem jak na razie. Czytam o wymienianiu matek, nadnaturalnym sztucznym dzieleniu rodzin pszczelich (modelu ekspansji), łączeniu obcych matek z robotnicami obcych sobie robotnic. Rozumiem, że instynkt przeżycia pszczół jest na tyle elastyczny, że jakoś sobie poradzą w tej sytuacji ale wciąż pozostaję przy swojej metodzie. Doceniam model ekspansji. Rozumiem, ze on działa i jest logicznie spójny jeśli chodzi o genetykę. Jednak ja postanowiłem pójść trochę inną drogą i na razie z niej nie zbaczam. Uważam, że niedoceniana jest epigenetyka i lamarkizm szczególnie w neodarwinistycznych modelach ewolucji których teoria (według mojej wiedzy błędna) opiera się na założeniu hipotezy o losowych mutacjach genetycznych o losowej częstotliwości i losowym natężeniu w obrębie komórki. Głęboko wierzę, że obce robotnice nie wychowają tak dobrze czerwiu pod względem jego zdrowia i odporności a w konsekwencji uzyskania pszczół bez leczenia przeżywających. Obca matka w osieroconej rodzinie i inne nienaturalne moim zdaniem szkodliwe zabiegi dla pszczół jak naloty na obcą matkę, trzymanie ulików weselnych, hodowla matek na listwie, larwowanie etc. spowodują, ze taka matka będzie przyjęta ale pszczoły nie będą współpracowały tak harmonijnie co odbije się na ich zdrowiu, stresie i uogólnionym poczuciu szczęścia które będzie trwało jakiś czas dłużej niż tylko do wymiany się wszystkich robotnic po nowej obcej przemocą podanej matce. NIe wiem jak długo ale może mieć to wpływ na przeżycie pszczół najbliżej zimy bez leczenia. A nabyte cechy również negatywne w kontekście genetyki mogą być do pewnego stopnia dziedziczone. Nie wiadomo na jak długo i na ile pokoleń.

Wierzę, ze tą moją metodą np. rodziny z komercyjną pszczołą mają większe szanse na przeżycie bez leczenia. Dodałbym do tego minimalizowanie a najlepiej całkowity brak kontaktu z cukrem, inwertem itd. mikroflorę nigdy nie leczonego ula z naturalnych materiałów ulegajągo biodegradacji, poprawę mikroflory samej pszczoły, oczywiście brak węzy i brak skażonego wosku. W miarę możliwości brak pożytków z pescytydami i fajna czysta okolica bogata w różnorodny pokarm. Mam nadzieję, ze moich dwóm totalnie komercyjnym matkom TF się uda wyroić kiedyś bez leczenia a niebawem skończą roczek na TF.

Oczywiście popieram naturalną selekcję i dobór naturalny ale moja metoda daje większą szansę rodzinie jako indywiduum, jako szczęśliwej wolnej od leczenia harmonijnej jedności złożonej z 100 000 pszczół w kooperatywie którą nie da się niczym zastąpić. Żadną manipulacją czerwiem i wymianą matki. Łudzę się, że epigenetyka i lamarkizm spowoduje, ze będę miał taką przeżywalność, ze pozwoli mi to dalej prowadzić selekcję w kierunku 100% PN TF.

Podobają mi się wnioski z tego artykułu.

Cytat:Biologia uczy nas, że rój pszczeli, to nie

tylko pew na ilość pszczół; każda rodzina jest

biologiczną jednością, która rozw ija się i

p racu je w edług w łasnych odrębnych praw .

W nowoczesnej gospodarce pasiecznej, za-
leca się dzielić i łączyć rodziny pszczele,

przenosić czerw z ula do ula, przy czym do-
tychczas nie troszczono się o to, że zabiegi te

n aru szają funkcjonow anie swoistego orga-
nizm u, jakim jest rój pszczół.

Cytat:D rugą podstaw ow ą cochą biologii roju

je st jedność, jak ą stanow ią pszczoły z w łas-
ną matk?,. Nie należy zapominać, że m atka

spędza całe życie w gnieździe pomiędzy

pszczołami swej rodziny, żywiąc się mlecz-
kiem jej pszczół karm icielek zarówno w o-
kresie rozwoju, jak i w czasie składania jaj.

W każdej rodzinie pszczelej w ytw arza się

swoisty związek pomiędzy pokarm em m atki

i pokarm em larw ; zapew nia to stałość prze-
kazyw ania cech dziedzicznych. Nowoczesne

metody hodowli pszczół pozw alają na bardzo

łatw e naruszanie więzi, łączącej m atkę z

pszczołami. M atki zabiera się, zam ienia na

inne, przenosi z rodziny do rodziny, chcąc

polepszyć jakość potomstwa.

Cytat:Poza jakością jaj składanych przez

m atkę, w ażną rolę odgrywa tu w pływ śro-
dowiska, a zwłaszcza pokarm u. Dziedziczność

kom órek płciowych m atki ulega wpływowi

pokarm u nowej rodziny, a potom stw o produ-
kow ane przez now ą m atkę, ulega wpływowi

karm icielek, które przekazują m u swoje ce-
chy.

Cytat:W w jpadkach, gdy różnice pomiędzy m at-
ką i pszczołami w ystępują bardzo jaskraw o,

a więc przy poddaw aniu pszczołom m atki od-
m iennej rasy, stw ierdzono np. zm niejszenie

się odporności na choroby, co tłum aczy

rozchwianiem dziedziczności u potom stwa.

G. TARANÓW — T c o r i a i p r a k-
t y k a p s z c z e l n i c z a m u s i o-
przeć się n a właściwych pod-
staw ach. „Pczełowodstwo"
Kuba, masz rację w tych założeniach.
tylko miej przynajmniej ze 100 rodzin na początek i łap większość rójek.

oczywiście piszę o próbie bycia samowystarczalnym. Bo jeżeli liczysz się z tym, że co parę lat będziesz musiał dokupywać pszczół, żeby w ogóle je mieć, to można to robić i na 2 rodzinkach. CMS kilka lat z rzędu zaczynał od 0. tak też można (nie piszę złośliwie. Wbrew większości pszczelarzy nie piszę o tym jako o porażce, tylko pewnym wyborze - zapewne nawet i środowiskowo słusznym).

uważam, że otoczenie jest takie, że aby liczyć się z samowystarczalnością (pomijam tu już kwestię posiadania zbiorów miodu czy w ogóle wyniku ekonomicznego), trzeba liczyć się z aktywnym działaniem z naszej strony. Niektórzy aktywnie trują pszczoły, ja aktywnie namnażam. Dla środowiska, dobra i spokoju pszczół być może lepiej byłoby pasywnie czekać na rójki....

Niestety varroa jest jaki jest, pożytki (i stan środowiska) są jakie są, genetyka dookoła jest jaka jest itp itd.
(12.05.2016, 05:17)MrDrone napisał(a): [ -> ]Kuba, masz rację w tych założeniach.
tylko miej przynajmniej ze 100 rodzin na początek i łap większość rójek.

oczywiście piszę o próbie bycia samowystarczalnym. Bo jeżeli liczysz się z tym, że co parę lat będziesz musiał dokupywać pszczół, żeby w ogóle je mieć, to można to robić i na 2 rodzinkach. CMS kilka lat z rzędu zaczynał od 0. tak też można (nie piszę złośliwie. Wbrew większości pszczelarzy nie piszę o tym jako o porażce, tylko pewnym wyborze - zapewne nawet i środowiskowo słusznym).

uważam, że otoczenie jest takie, że aby liczyć się z samowystarczalnością (pomijam tu już kwestię posiadania zbiorów miodu czy w ogóle wyniku ekonomicznego), trzeba liczyć się z aktywnym działaniem z naszej strony. Niektórzy aktywnie trują pszczoły, ja aktywnie namnażam. Dla środowiska, dobra i spokoju pszczół być może lepiej byłoby pasywnie czekać na rójki....

Niestety varroa jest jaki jest, pożytki (i stan środowiska) są jakie są, genetyka dookoła jest jaka jest itp itd.

100 rodzin to pesymistyczne założenie. Obstawiam, ze uda się na mniejszej ilości nawet może ok. 10 sztuk (choć osobiście chyba będę chciał mieć większą plus może sztuczne barcie) i uda się przeżyć nawet jakimś pszczołom komercyjnym hodowanym lokalnie (tylko nie aż tak niedostosowanym do lokalnych warunków jak BF czy sprowadzonym z daleka) i wydać rój oraz rozwinąć się macierzakowi.
Chociaż nie odżegnuje się od dokupywania nowych pszczół i łapanie rojów w okolicy i stałe uzupełnianie w ten sposób pogłowia. Uważam, że to jest ok. W pierwszym roku każde nowe pszczoły dostają u mnie 100% spokoju w sensie nie rabowania i żadnego osłabiania rodziny i w ten sposób 100% naturalne szanse na przezimowanie. Pierwszy sezon to będzie więc dla tych nowych pszczół taki odsiew na pierwszym roku.
Kuba, oczywiście, że nawet z 10 może Ci coś przeżyć - mogą przeżyć 10 lat bez ingerencji, a mogą paść wszystkie do października. Ale nawet jak przeżyją pierwszy kolaps ta rodzina nie będzie nieśmiertelna. Ona też kiedyś padnie - jak nie przez warrozę to np. załatwi ją pech bo w zimie padnie matka itp.
Chodzi mi nie o to co i ile przeżyje, tylko o to czy będziesz w stanie się odbudować nadążając za tempem umieralności.
to przecież nie jest tak, że jak rodzina przeżyje to jej linia jest nieśmiertelna.

przyjmując przeżywalność pierwszego rzutu na 20% i przeżywalność tych rodzin nawet i 3 lata, kolejnego na 40, a następnego na 60 (myślę, że to optymistyczne założenia), to wylicz sobie - albo lepiej poproś inżyniera Szymona Oczko jakie jest prawdopodobieństwo, że będziesz miał coś zawsze na pasiece.

z 10 rodzin przeżywa dwie. Wydaje Ci 2 rójki, z których przeżywa 1 (optymistycznie - trochę ponad statystykę). to masz 3 rodziny. Kolejnego roku przeżywają te 3 i wydają Ci trzy roje, z których też przeżywa 1 (tym razem trochę pod statystykę). to masz 4 rodziny na kolejny sezon, ale 2 się kończą naturalnie. Zostają dwie - z tym, że jedna starsza, która skończy się w kolejnym sezonie itp itd.

To są takie wyliczenia nie poparte niczym Oczko chodzi mi o obraz sytuacji jaka może być u Ciebie - jakieś tam zobrazowanie tego co się może dziać. ale są lata, że pada wszystko i nawet jak przeżyje 1 z 20 to będzie dobrze. przy 3 czy 4 rodzinach statystyki są przeciwko Tobie, bo może się wydarzyć wszystko - głód, zła pogoda, śmierć matki, wytrucia na rzepaku, kradzież itp.

uważam, że Twoje założenia mają rację bytu przy:
- większej pasiece i kilku miejscach - wtedy statystyki mogą się sprawdzać
- pszczołach, które wstępnie przeszły ze 2 kolapsy
- istnieniu względnie samowystarczalnej dzikiej populacji (istnienie lepszych trutni, możliwości uzupełnienia strat dzikimi rójkami itp)
- szczęściu, że warunki będą prawie idealne


tak mi się wydaje... Kuba, sam wiesz jakie lata bywają, bo przeżyliśmy 2014 to mamy te doświadczenia... przeciwnik (czy "sprzymierzeniec"Oczko) jest silny, a warunki zewnętrzne są słabe - nie ma co się oszukiwać.

Co oczywiście nie znaczy, że nie należy tego robić. po prostu uważam, że możesz nie być samowystarczalny.
(12.05.2016, 07:03)MrDrone napisał(a): [ -> ]Kuba, oczywiście, że nawet z 10 może Ci coś przeżyć - mogą przeżyć 10 lat bez ingerencji, a mogą paść wszystkie do października. Ale nawet jak przeżyją pierwszy kolaps ta rodzina nie będzie nieśmiertelna. Ona też kiedyś padnie - jak nie przez warrozę to np. załatwi ją pech bo w zimie padnie matka itp.
Chodzi mi nie o to co i ile przeżyje, tylko o to czy będziesz w stanie się odbudować nadążając za tempem umieralności.
to przecież nie jest tak, że jak rodzina przeżyje to jej linia jest nieśmiertelna.

przyjmując przeżywalność pierwszego rzutu na 20% i przeżywalność tych rodzin nawet i 3 lata, kolejnego na 40, a następnego na 60 (myślę, że to optymistyczne założenia), to wylicz sobie - albo lepiej poproś inżyniera Szymona Oczko jakie jest prawdopodobieństwo, że będziesz miał coś zawsze na pasiece.

z 10 rodzin przeżywa dwie. Wydaje Ci 2 rójki, z których przeżywa 1 (optymistycznie - trochę ponad statystykę). to masz 3 rodziny. Kolejnego roku przeżywają te 3 i wydają Ci trzy roje, z których też przeżywa 1 (tym razem trochę pod statystykę). to masz 4 rodziny na kolejny sezon, ale 2 się kończą naturalnie. Zostają dwie - z tym, że jedna starsza, która skończy się w kolejnym sezonie itp itd.

To są takie wyliczenia nie poparte niczym Oczko chodzi mi o obraz sytuacji jaka może być u Ciebie - jakieś tam zobrazowanie tego co się może dziać. ale są lata, że pada wszystko i nawet jak przeżyje 1 z 20 to będzie dobrze. przy 3 czy 4 rodzinach statystyki są przeciwko Tobie, bo może się wydarzyć wszystko - głód, zła pogoda, śmierć matki, wytrucia na rzepaku, kradzież itp.

uważam, że Twoje założenia mają rację bytu przy:
- większej pasiece i kilku miejscach - wtedy statystyki mogą się sprawdzać
- pszczołach, które wstępnie przeszły ze 2 kolapsy
- istnieniu względnie samowystarczalnej dzikiej populacji (istnienie lepszych trutni, możliwości uzupełnienia strat dzikimi rójkami itp)
- szczęściu, że warunki będą prawie idealne


tak mi się wydaje... Kuba, sam wiesz jakie lata bywają, bo przeżyliśmy 2014 to mamy te doświadczenia... przeciwnik (czy "sprzymierzeniec"Oczko) jest silny, a warunki zewnętrzne są słabe - nie ma co się oszukiwać.

Co oczywiście nie znaczy, że nie należy tego robić. po prostu uważam, że możesz nie być samowystarczalny.

Rozumiem. Łudzę się i wierzę, ze przy zastosowaniu moich metod i minimalizowaniu przeszkadzania pszczołom plus ewentualnego przeciwdziałaniu podczas wyjątkowo niekorzystnych warunków głodowych (jak w zeszłym roku do czego już trochę się przekonałem), będę miał kolapsy o wyższej przeżywalności np. 50%. Więc wtedy wyliczenia będą inne.

Ale jak napisałem powyżej w kolejnym komentarzu nie odżegnuje się od łapania i zbierania rójek okolicy (w co zamierzam się od przyszłego zaangażować, to może być wciągające i pasjonujące) oraz od kupowania nowych pszczół. Wiadomo, że najlepiej od kogoś nieleczącego np. od Ciebie ale różne kundle także lokalne kundle po komercyjnych pszczołach jak i nawet komercyjne czystoliniowe z metryczką. Na pewno nie zabiję żadnej matki u mnie na pasiece tylko dlatego z tego powodu że jest genotyp jest okaleczony przez człowieka. 
Cytat:uważam, że Twoje założenia mają rację bytu przy:
- większej pasiece i kilku miejscach - wtedy statystyki mogą się sprawdzać
- pszczołach, które wstępnie przeszły ze 2 kolapsy
- istnieniu względnie samowystarczalnej dzikiej populacji (istnienie lepszych trutni, możliwości uzupełnienia strat dzikimi rójkami itp)

Powoli będą i do tego dążył. Rójki zamierzam intensywnie łapać w okolicy od przyszłego roku. Wyczaiłem kilka fajnych miejsc. Może i w tym roku się uda. Rojowabiki nastawiane w pasiece i powoli tworzę sukcesywnie nowe.
Będę tworzył nowe pasieczyska. W tym roku stworzę pasieczysko dla samych największych agresorów których nikt nie chce i nie da się trzymać ich nigdzie indziej ze względu na sąsiadów i takich ludzi jak Pan Paweł z komentarzy o postu do sztucznej barci.
W ostatnim podcaście Salomon Parker rozmawia z trzymaczem-pszczelarzem który działa podobnie jak ja chcę działać. Uzupełnia pasiekę o złapane rójki do skrzynek rojowabików. Bawi się w to dość intensywnie. Nigdy nie dzieli żadnego roju w pierwszym roku i pozostawia go całkowicie TF w tym beż żadnych manipulacji. Daje mu tylko obszerny domek. Pierwszy rok traktuje jako odsiew dla rodzin na jego pasiecę. Twierdzi, podpierając się swoim doświadczeniem, że już po pierwszym roku takiego trzymania rojów dobrze wychodzi która rodzina będzie się nadawała do życia na jego terenie a które nie. Metodą tą pozyskiwał fajne rodziny nawet na nieprzyjaznych terenach pełnych pasiek z komercyjnymi pasiekami i taki pszczołami.

http://tfb.podbean.com/e/treatment-free-beekeeping-podcast-episode-34-how-to-catch-swarms-with-jason-bruns/
Metoda jest dobra o ile w przyrodzie mamy już jakaś populację przeżywającą. Na ten moment obawiałbym się bardzo dużych spadków chodź kto wie jak to będzie... Pewnie przewaga złapanych rójek to komercyjni uciekinierzy... na wsi, przy lesie procent dziczków będzie większy...
Ogólnie pomysł fajny ale ja bym kombinował jak powiększyć, jak zwiększyć szanse itd. hehe...

Co do innych zagrożeń to wczoraj byłem w lesie i jedna rodzinę odwiedził jakiś zwierz... Siatka w dennicy poszarpana i pełno włosów. Pewnie kuna... hehe. Jest jeden wniosek do lasu tylko dennice pełne.
A ja i tak 1 lipca dzielę każdą rodzinę na 3 /po korpusie/ i mam sprawę rozmnażania załatwioną.
Do tego po odkładzie z maja i na jesień jest 4 razy więcej rodzin niż było na wiosnę.
Nawet jak zimą połowa padnie to i tak podwoiłem ilość rodzin w pasiece, bez większych problemów.
Może Twoja metoda Kuba jest bardziej naturalna ale moja zapewnia mi stałe posiadanie pasieki, sukcesywny jej rozwój, "pewny" dochód, wszystko to przy małym nakładzie pracy.
(12.05.2016, 07:55)Krzyżak napisał(a): [ -> ].
Może Twoja metoda Kuba jest bardziej naturalna ale moja zapewnia mi stałe posiadanie pasieki, sukcesywny jej rozwój, "pewny" dochód, wszystko to przy małym nakładzie pracy.

czy "zapewnia" - powiedzmy daje duże (czy bardzo duże w przypadku kilkudziesięciu pni) prawdopodobieństwo.
(12.05.2016, 07:55)Krzyżak napisał(a): [ -> ]A ja i tak 1 lipca dzielę każdą rodzinę na 3 /po korpusie/ i mam sprawę rozmnażania załatwioną.
Do tego po odkładzie z maja i na jesień jest 4 razy więcej rodzin niż było na wiosnę.
Nawet jak zimą połowa padnie to i tak podwoiłem ilość rodzin w pasiece, bez większych problemów.
Może Twoja metoda Kuba jest bardziej naturalna ale moja zapewnia mi stałe posiadanie pasieki, sukcesywny jej rozwój, "pewny" dochód, wszystko to przy małym nakładzie pracy.

O widzę,,,, że optymista się pojawił hehe
(12.05.2016, 08:07)bonluk napisał(a): [ -> ]
(12.05.2016, 07:55)Krzyżak napisał(a): [ -> ]A ja i tak 1 lipca dzielę każdą rodzinę na 3 /po korpusie/ i mam sprawę rozmnażania załatwioną.
Do tego po odkładzie z maja i na jesień jest 4 razy więcej rodzin niż było na wiosnę.
Nawet jak zimą połowa padnie to i tak podwoiłem ilość rodzin w pasiece, bez większych problemów.
Może Twoja metoda Kuba jest bardziej naturalna ale moja zapewnia mi stałe posiadanie pasieki, sukcesywny jej rozwój, "pewny" dochód, wszystko to przy małym nakładzie pracy.

O widzę,,,, że optymista się pojawił hehe

Łukasz, pamiętaj, że Szymon działa na Buckfastach. przy tej pszczole można to przewidywać, bo to pewna pszczoła hehe Oczko
no jasne, że tak a podobno już są linie które można programować na odległości w lotach, typ zbieranego wziątku itd.
(12.05.2016, 08:09)bonluk napisał(a): [ -> ]no jasne, że tak a podobno już są linie które można programować na odległości w lotach, typ zbieranego wziątku itd.

tylko, że one wymagają zakupienia specjalistycznych sterowników i stałego serwisowania Oczko
W zaszłym roku tak dzieliłem i żyją do dziś Uśmiech
To i w tym roku muszą dać radę. A obecnie Bf to co najwyżej 50% moich pszczół w tym większość to Primorskie i Elgony.
Wiele założeń, elementów gospodarki które przedstawił na wstępie Borówka odpowiada mi i staram się tak postępować z pszczołami oczywiście teoria sobie a życie sobie, w sumie najłatwiej przychodzi mi zimować rodziny na naturalnym pokarmie, są jeszcze dwa szczegóły z którymi muszę się zmierzyć a właściwie pszczoły będą chyba musiały się zmierzyć czyli, węza a raczej jej brak no i kluczowa sprawa czyli leczenie a raczej jego brak.
(12.05.2016, 09:15)wladca much napisał(a): [ -> ]w sumie najłatwiej przychodzi mi zimować rodziny na naturalnym pokarmie,

Moja mama ostatnio wspominała, że (przynajmniej w okolicy Góry Kalwarii) kiedyś inaczej nie zimowano pszczół. Mój pradziadek miał pono coś koło setki pni, a cukier w tamtych czasach był niewiele tańszy od miodu podobnież...
Żeby zimować na miodzie trzeba mieć przynajmniej dobre późne pożytki.
Jak u kogoś po lipie pustynia to co by nie robił to będzie musiał cukru dodać.
(12.05.2016, 09:20)Krzyżak napisał(a): [ -> ]Żeby zimować na miodzie trzeba mieć przynajmniej dobre późne pożytki.
Jak u kogoś po lipie pustynia to co by nie robił to będzie musiał cukru dodać.

Nie zgadzam się. Jeśli pszczoły wystarczająco dużo zebrały i będą to pszczoły dostosowane do lokalnych warunków i prawidłowo reagujące na bodźce ze środowiska to dadzą radę. Nie chodzi tylko, że cukier upośledza ich metabolizm i skraca życie ale też o zwyczajną zależność, że karmiąc je w sposób powtarzalny i cykliczny, zawsze jak są niesprzyjające warunki, przeciwdziała się naturalnym mechanizmom adaptacyjnym i uzależnia się je od karmienia. Nie pozwalamy zajść też pozytywnym zjawiskom adaptacyjnym podczas głodowania o którym już była mowa jak choćby zmniejszenie się pszczoły do naturalnych warunków jakie pozwalają im przetrwać dłuższe okresy głodu.

Użyję Twojego argumentu Szymon. Jakoś nie karmiłem rodzin w zeszłym roku podczas suszy i żyją w tym te rodziny które przez cały miesiąc miały sucho na plastrze.
(12.05.2016, 09:20)Krzyżak napisał(a): [ -> ]Żeby zimować na miodzie trzeba mieć przynajmniej dobre późne pożytki.
Jak u kogoś po lipie pustynia to co by nie robił to będzie musiał cukru dodać.

A no właśnie doświadczeni Panowie (i Panie) pszczelarze. U mnie występuje nawłoć w dużej ilości, przez co w swoim pierwszym sezonie będę miał dylemat: całą okoliczna pszczelarzeria powtarza mi, że na nawłoci się nie zimuje. Bo krystalizuje w plastrach (jest taki miód co nie krystalizuje w 20 stopniach???). Trzeba odebrać i zadać syropu. To jak to jest w świetle PN? Krystalizuje, nie krystalizuje, to dobrze, niedobrze?

Podpytuję Mamę o jej wspomnienia z dzieciństwa. Wydaje się niemożliwe, żeby wtedy była pustynia po lipie - niemożliwe, żeby lipy nie odbierali, biznes to biznes. Znakiem tego na samych późnych kwiatkach pszczoły mogły zimować. Faktem jednak jest, że była jakaś rytualna data, po której miodu już nie brano.
(12.05.2016, 08:39)Krzyżak napisał(a): [ -> ]W zaszłym roku tak dzieliłem i żyją do dziś Uśmiech

To nie znaczy, ze im nie szkodziłeś jeśli mieszałeś różne robotnice, wymieniałeś matki, robiłeś naloty i manipulowałeś czerwiem.
(12.05.2016, 09:20)Krzyżak napisał(a): [ -> ]Żeby zimować na miodzie trzeba mieć przynajmniej dobre późne pożytki.
Jak u kogoś po lipie pustynia to co by nie robił to będzie musiał cukru dodać.
to jak sobie te biedaczki 100 lat temu radziły???
(12.05.2016, 09:26)flamenco108 napisał(a): [ -> ] Faktem jednak jest, że była jakaś rytualna data, po której miodu już nie brano.

Przede wszystkim nie brano miodu wczesnowiosennego. Niektórzy pszczelarze gospodarujący na własne potrzeby i zimujący na miodzie podbierali to co zostało po zimie ale już kiedy pojawiły się nowe zapasy.
(12.05.2016, 09:26)flamenco108 napisał(a): [ -> ]A no właśnie doświadczeni Panowie (i Panie) pszczelarze. U mnie występuje nawłoć w dużej ilości, przez co w swoim pierwszym sezonie będę miał dylemat: całą okoliczna pszczelarzeria powtarza mi, że na nawłoci się nie zimuje. Bo krystalizuje w plastrach (jest taki miód co nie krystalizuje w 20 stopniach???). Trzeba odebrać i zadać syropu. To jak to jest w świetle PN? Krystalizuje, nie krystalizuje, to dobrze, niedobrze?


Podpytuję Mamę o jej wspomnienia z dzieciństwa. Wydaje się niemożliwe, żeby wtedy była pustynia po lipie - niemożliwe, żeby lipy nie odbierali, biznes to biznes. Znakiem tego na samych późnych kwiatkach pszczoły mogły zimować. Faktem jednak jest, że była jakaś rytualna data, po której miodu już nie brano.

Jak nie dodasz inwertu to nie krystalizuje. To że masz hektary nawłoci nie oznacza, że będzie z niej nektar.
W zeszłym roku z nawłoci było  0,00 kg miodu u mnie.

(12.05.2016, 09:28)emzarek napisał(a): [ -> ]
(12.05.2016, 09:20)Krzyżak napisał(a): [ -> ]Żeby zimować na miodzie trzeba mieć przynajmniej dobre późne pożytki.
Jak u kogoś po lipie pustynia to co by nie robił to będzie musiał cukru dodać.
to jak sobie te biedaczki 100 lat temu radziły???

A 100 lat temu to były pożytki 100 razy lepsze przez cały sezon. Inne środowisko. Inne rolnictwo.
(12.05.2016, 09:35)Krzyżak napisał(a): [ -> ]A 100 lat temu to były pożytki 100 razy lepsze przez cały sezon. Inne środowisko. Inne rolnictwo.

Dlatego 100 lat później będą inne pszczoły treatment free łącznie z feeding free.
Jestem w 100% za feeding free ale uważam, że nie wszędzie i nie co roku się da.
(12.05.2016, 09:40)Krzyżak napisał(a): [ -> ]Jestem w 100% za feeding free ale uważam, że nie wszędzie i nie co roku się da.

Zgadzam się.
(12.05.2016, 09:26)flamenco108 napisał(a): [ -> ]A no właśnie doświadczeni Panowie (i Panie) pszczelarze. U mnie występuje nawłoć w dużej ilości, przez co w swoim pierwszym sezonie będę miał dylemat: całą okoliczna pszczelarzeria powtarza mi, że na nawłoci się nie zimuje. Bo krystalizuje w plastrach (jest taki miód co nie krystalizuje w 20 stopniach???). Trzeba odebrać i zadać syropu. To jak to jest w świetle PN? Krystalizuje, nie krystalizuje, to dobrze, niedobrze?

Stary pszczelarz dość blisko mnie od lat zimuje na Nawłoci na kundelkach. W zeszłym roku z powodu suszy nie mógł i bodajże pierwszy raz od 10 lat zimował na cukrze. Jak pszczoła zimuje od nastu lat na cukrze to nie dziwota, ze nie da rady na miodzie czy spadzi. Adaptacja. Podczas zimy krótkożyjąca pszczoła ma za mało czasu na pełną adaptację.
Jak ktoś nie jadł kilka lat owoców to po zjedzeniu dostanie sraczki. Jak wieloletni weganin zje dużą ilość surowego mięsa to może dostać gorączki i się pochorować. Jak ktoś wszystko myje dokładnie to jak zje brudne warzywo prosto z ziemi dostanie zaparcia. Oczko
Ot adaptacja.
(12.05.2016, 09:28)Borówka napisał(a): [ -> ]Przede wszystkim nie brano miodu wczesnowiosennego. Niektórzy pszczelarze gospodarujący na własne potrzeby i zimujący na miodzie podbierali to co zostało po zimie ale już kiedy pojawiły się nowe zapasy.

Jak wiele się zmieniło...

Cytat:Za sławnej pamięci urodzonego Andrzeja Modliszewskiego niekiedy starosty łomżyńskiego na rugu bartnym nowogrodzkim otrzymali bartnicy dekret takowy, iż żaden bartnik nie ma się ważyć kleczyć pszczół, aż do święta Podniesienia Krzyża Świętego [14 IX]. (…) A iż ten dekret zda się być bartnikom nie pożyteczny z tej przyczyny, iż co dalej to się większego złodziejstwa namnaża, którzy w ten czas gdy się bartnicy domowym gospodarstwem bawią, zwykli się do pszczół cudzych kleczenia ubiegać. Przeto dogadzając jakoby bartnicy szkód uchodzić mogli, postanowili między sobą (czego ganić nie trzeba) aby kleczbę zaczynali od Święta Narodzenia Panny Maryji [8 IX]. A któryby bartnik ważył się przed tym czasem pszczół kleczyć, ma być wina według dekretu w aktach generalskich opisanego karany

Znakiem tego nie tylko wiosennego, ale i letniego ongi nie brano. Dopiero na jesieni, jak pszczoły szły do zimy, podbierano im. Dla mnie, oczytanego Ostrowską, Liebigiem, Gekelerem oraz innymi wydaje się właśnie logiczne, żeby podebrać pszczołom ich stare zapasy, jak już się zaczął pożytek, a za to odpuścić przed zimą, co by sobie nazbierały.

Czyli starożytny bartnik właściwie robił tylko dwie rzeczy: dzianie i kleczenie. Wieszał barcie, jak się pszczołom chciało, to się wprowadzały. Jak im się chciało, to się roiły, po to dział następne barcie. A jesienią przychodził i podbierał wg zasady, co na dole, to moje. Lejzy bikipin?
Stron: 1 2 3 4